Gdzie ci pięściarze, prawdziwi tacy?

Należę do grona szczęściarzy. Przyszło mi bowiem żyć w czasach tytanów, herosów, prawdziwych gladiatorów światowego pięściarstwa1. Miałem szczęście oglądać w ringu Mike’a Tysona, Evandera Holyfielda, Andrzeja Gołotę, Witalija i Władymira Kliczków, czy w końcu niekwestionowanego mistrza tamtego okresu – Lennoxa Lewisa. Druga połowa lat ’90 i początek XXI wieku to był złoty czas zawodowego boksu. Chwilę później dyscyplina popadła jednak w marazm, który trwa do dziś.

Boks miał w swojej historii dwa takie okresy. Poza wspomnianym przełomem wieków nie sposób nie wrócić do czasów Muhamada Alego, Georga Foremana czy Joe Fraziera. Obie epoki łączyło jedno: w jednym czasie spotkało się naprzeciw siebie kilku szalenie utalentowanych zawodników, których rywalizacja rozpalała wyobraźnię kibiców do białości. Ich walki, a następnie rewanże, do dziś są wspominane z uśmiechem. Jeśli o moje pokolenie chodzi – praktycznie każdy wspomina zarywane noce nie tylko dla walk Gołoty, ale też pozostałych zawodników tamtego okresu. Rywalizacja wspomnianych Tysona, Holyfielda i Lewisa była dla nas tym, czym dla starszych rywalizacja legendarnych Alego, Foremana i Fraziera. Wydaje mi się, że ostatnią wielką „mojej” epoki była ta Witalija Kliczki z Lennoxem Lewisem z czerwca 2003 roku. Po niej nie było już nic wartego uwagi, przynajmniej w królewskiej wadze ciężkiej.

Dziś światowy boks „ciągną” niższe kategorie, a na pierwszy plan w ostatnich latach wysuwa się pojedynek Floyda Mayweathera Jr. (rocznik 1977) z Mannym Pacquiao (rocznik 1978) z maja 2015 roku. Nieprzypadkowo w nawiasach podałem daty urodzin, bo pokazują one poniekąd kondycję zawodowego boksu, który reanimowany jest rywalizacją czterdziestolatków. Przez ostatnich 15 lat na światowych ringach nie pojawił się nikt, kto rozpaliłby wyobraźnię kibiców w takim stopniu, w jakim robili to wcześniej wymienieni mistrzowie. Coś się zacięło, boks przestał się rozwijać.

Dla nas niższe kategorie to niezapomniane emocje związane z walkami Dariusza Michalczewskiego oraz przede wszystkim Tomasza Adamka. Ten ostatni (rocznik 1976) będzie gwiazdą i główną lokomotywą zbliżającej się gali Polsat Boxing Night. Niestety, to też pokazuje z jakimi problemami mierzy się dziś ta dyscyplina. Starzy mistrzowie, tacy jak Gołota, eksploatowani byli do granic możliwości, a czasem nawet je przekraczając. Teraz do ringu po raz kolejny wyjdzie Tomasz Adamek, choć już dawno powinien spokojnie cieszyć się zasłużoną emeryturą. Problem w tym, że boks przez te wszystkie lata nie dał nam nikogo, kto byłby w stanie ściągnąć do hal i przed telewizory milionową publiczność. Wciąż gwarantem sukcesu są te same nazwiska, które znamy doskonale od przeszło 20 lat. Nadal aby być pewnym sukcesu komercyjnego gali sięgnąć trzeba po sprawdzone wzorce, niczym właściciele KSW po Mariusza Pudzianowskiego.

Nie jest żadnym odkryciem fakt, że Polacy kochają swoich mistrzów. Kochają bezgranicznie Andrzeja Gołotę, gromadzili się przed telewizorami oglądając walki Darka Michalczewskiego, ściągali tłumnie do hal na walki Tomka Adamka. Nie dziwi więc, że Mateusz Borek w nowej dla siebie roli promotora postanowił pójść utartym szlakiem. Nie ma w tym nic złego i trudno go za to winić – Tomek Adamek jest magnesem, który gwarantuje powodzenia przedsięwzięcia. Problem leży gdzie indziej. Co się takiego stało, że przez te wszystkie lata zawodowy boks nie wychował nowych herosów? Czy przestali się rodzić utalentowani pięściarze? W to nie wierzę, problem musi być gdzie indziej. Z jakiegoś niewytłumaczalnego dla mnie powodu kolejni kreowani na dominatorów światowego boksu zawodnicy znikają z radarów równie szybko, jak się pojawili. Gdzieś, ktoś robi coś źle. Mamy oczywiście na polskim rynku choćby Krzysztofa Głowackiego, ale stawianie go w jednym rzędzie z Adamkiem czy Gołotą byłoby dużym nadużyciem. Utalentowanym zawodnikiem jest bezdyskusyjnie Izu Ugonoh, ale mając 30 lat wciąż nie przebił się do masowej świadomości kibiców. Andrzej Wawrzyk czy Mateusz Masternak z kolei nigdy do końca nie spełnili pokładanych w nich nadziei. Prawda jest okrutna – następców Adamka, Gołoty czy Michalczewkiego nie widać.

I nagle budzimy się w innej rzeczywistości. Gala na Wembley. Pasjonująca walka Władymira Kliczki (rocznik 1976)  z Anthonym Joshua (rocznik 1989!). Walka generuje gigantyczne zainteresowanie, w tym także w polskiej telewizji:


Czy jesteśmy właśnie świadkami momentu przełomowego? Czy stoimy u progu nowej ery zawodowego boksu? Czy Anthony Joshua ma szansę stać się nowym Lennoxem Lewisem? Aby tak się stało, potrzebuje więcej niż jednego rywala z którym mógłby skrzyżować rękawice. Czy Tyson Fury będzie tym zawodnikiem? Kto jeszcze? A może wcale nie, może ten rewelacyjny wynik był tylko kolejnym argumentem potwierdzającym, że boks leży, i jest liczony do 10? Koniec końców w ringu mogliśmy oglądać ostatniego czynnego przedstawiciela ery herosów przełomu wieków – Władymira Kliczkę. Ostatni (najmłodszy) z wielkich mistrzów powoli schodzi ze sceny. Po nim nie będzie już nikogo, kto cieszyłby się takim szacunkiem i sympatią kibiców na całym świecie.

Co dalej? Nie jestem przekonany, że miejsce boksu zajmie MMA. Jeden Conor McGregor to za mało, by wynieść mieszane sztuki walki na wyższy poziom. Herosi z czasów gal Pride i pierwszych gal UFC są już w większości na emeryturze, a młodsi następcy nie mają choćby ułamka charyzmy dawnych mistrzów.  Cierpią na tym wszyscy, a przede wszystkim my – kibice. Najzwyczajniej w świecie nie ma już dla kogo zarywać nocy.

1 „Z bokserem możesz wyjść na spacer, ja jestem pięściarzem” – mawiał Grzegorz Skrzecz.

RelatedPost