Zrozumieć Jankesów. Start your engines!

Dzisiaj będzie nieco luźniej o temacie, o którym większość z nas nie ma zielonego pojęcia. Dopiero zaczynam swoją przygodę z tym sportem, ale właśnie z perspektywy kompletnego laika spróbuję przedstawić temat fenomenu wyścigów NASCAR w Stanach Zjednoczonych. Pokażę w czym z mojego punktu widzenia tkwi sukces „jeżdżenia w kółko”, szczególnie na tle europejskich serii wyścigowych czy świata rajdowego.

NASwhat?!

Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Czym w ogóle jest NASCAR? Większość z nas wie o tym sporcie tyle, ile zobaczyła w kultowym „Days of Thunder” z Tomem Cruisem w roli głównej.  To amerykańska seria wyścigów samochodów seryjnych, które odbywają się na zamkniętych torach owalnych. Oczywiście pojazdy rywalizujące w tej serii z „seryjnością” nie mają poza ogólną sylwetką wiele wspólnego – są to potężne maszyny zbudowane od podstaw tylko w jednym celu. Podobnie jest w Europie, gdzie w seriach wyścigowych samochodów turystycznych rywalizują pojazdy jedynie wizualnie podobne do swoich fabrycznych odpowiedników.

Warto w tym miejscu zaznaczyć że to „jeżdżenie w kółko” to drugi pod względem oglądalności sport Ameryki, ustępujący tylko rozgrywkom NFL. Szczególnie popularny w południowych stanach, NASCAR jest nie tylko serią wyścigową, ale dla wielu kibiców wręcz pewną kulturą, sposobem spędzania czasu i uczestniczenia w wydarzeniu sportowym. Być może właśnie dlatego nam – europejczykom – trudno zrozumieć ten fenomen. Prezentujemy całkowicie odmienny model uczestniczenia w tego typu wydarzeniach i skupiamy się głównie na tym co dzieje się na torze, boisku czy parkiecie. Wydaje mi się, że właśnie tu jest klucz do zrozumienia Jankesów.

Europo, mamy problem.

Przez lata pasjonowałem się Formułą 1. Zaczynałem w czasach zaciekłej rywalizacji Damona Hilla (Williams) z Michaelem Schumacherem (wtedy jeszcze Benetton). W Wirtualnej Polsce stworzyliśmy pierwszy pośród dużych portali w pełni dedykowany F1 serwis, bodaj 2 lata przed debiutem Roberta Kubicy w zespole BMW Sauber. Dziś jednak Formuła 1 ma problem. Wyścigi od kilku lat są zwyczajnie mało ciekawe, a wszelkie zmiany w regulaminie kierowane oszczędnościami i ekologią tylko sytuację pogorszyły. Kierowana przez Berniego Ecclestone’a seria była kiedyś królową motorsportu, a dziś kojarzy się z nudnym ściganiem z udziałem bolidów wyposażonych w ekologiczne silniki, ograniczoną liczbę opon oraz różne systemy i regulacje mające na celu sztucznie podniesienie atrakcyjność wyścigów.

Co gorsza, inne serie wyścigowe czy też rajdy nie mają się o wiele lepiej. Szczególnie seria WRC od lat boryka się z małą liczbą zespołów fabrycznych, dominacją jednego kierowcy i  słabnącym globalnym zainteresowaniem (nie licząc wiernej rzeszy zapaleńców). Pamiętam jeszcze czasy, gdy w samych Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski ścigało się bodaj 8 aut klasy WRC (czasy Kuzaja w Corolli, Herby w Cordobie, Hołowczyca w 206’tce, ś.p. Kuliga w Focusie…), a tłumy na „Karowej” zaczynały się już na Nowym Świecie. Dziś trudno mówić, że przed europejskim motorsportem rozciąga się świetlana przyszłość. W tym samym czasie po drugiej stronie oceanu „jeżdżenie w kółko” notuje kolejne rekordowe pod względem zainteresowania kibiców sezony. Może więc w tym szaleństwie jest metoda? Może oni wiedzą lepiej?

To ma sens!

To wyśmiewane przez wszystkich „jeżdżenie w kółko” jest bardziej przemyślane niż się większości wydaje. Wyobraźcie sobie, że jesteście na meczu piłkarskim i widzicie tylko kawałek pola karnego. Piłkarze raz na kilka minut przebiegają Wam przed oczami, widzicie kilka podań, kopnięć piłki i w zasadzie to tyle. Jeśli macie szczęście, lub kupicie najdroższe bilety, będziecie widzieć bramkę. Bez sensu? Sęk w tym, że właśnie tak czują się w większości kibice którzy wybiorą się na wyścig Formuły 1 czy odcinek specjalny rajdu. Ziuuuuuuum i po wszystkim. Do zobaczenia za kilka minut. Jeśli nie macie zasobnego portfela, lub nie jesteście VIPami, najprawdopodobniej nie zobaczycie nawet mety.

Tymczasem Jankesi widzą niemal wszystko. Konstrukcja torów i okalających je trybun sprawia, że zdecydowana większość kibiców może na żywo śledzić walkę na całym torze. Tak jak kibice piłkarscy, którzy widzą całe boisko, widzowie wyścigów NASCAR nie tracą 90% rywalizacji, która odbywa się gdzieś w innej części toru. Mogą śledzić niemal każdy manewr, kolizję i (dozwoloną) walkę zderzak w zderzak. Można wyśmiewać jeżdżenie w kółko, ale z punktu widzenia uczestniczenia w widowisku sportowym ma to jak najbardziej sens. Siedzenie na trybunach przez kilka godzin tylko po to, żeby raz na jakiś czas ktoś przemknął mi przed oczami i zniknął za zakrętem ma znacznie mniej sensu, niż śledzenie wyścigu na torze owalnym. Uwierzmy amerykanom, oni wiedzą lepiej.

Umiejętności ponad technologię

To, co w NASCAR lubię najbardziej to fakt, że jesteśmy świadkami rywalizacji kierowców, nie maszyn. Mimo, że zawodnicy ścigają się w autach kilku producentów, to specyfikacja techniczna jest bardzo precyzyjna i reguluje wszystko – od silnika, po rozstaw kół. W efekcie zawodnicy ścigają się niemal identycznymi autami, co sprawia że wygrywa najlepszy, a nie ten który dysponuje najlepszym autem. Nie ma tutaj kosmicznego wyścigu zbrojeń, a wszystko rozbija się o odpowiednią konfigurację auta pod konkretny tor i umiejętności kierowcy. Do mnie to przemawia.  Robert Kubica powiedział kiedyś nieco prześmiewczo, że porównywanie wyścigów NASCAR do F1 nie ma sensu, bo te auta w porównaniu do bolidów F1 to pod względem zaawansowania technologicznego kosiarki.  Może i tak, ale w USA nikt nie musi się zastanawiać, czy Michael Schumacher zdobyłby swoje tytuły gdyby nie jeździł w Ferrari, albo czy Sebastian Vettel pobiłby jakikolwiek rekord gdyby nie trafił do Red Bull Racing. Tam wszystko jest prostsze – liczy się człowiek i jego umiejętności. Potwierdził to Juan Pablo Montoya, niegdyś kierowca Williams BMW, który postanowił przenieść się za ocean. Wielokrotnie w wywiadach mówił, że wyścigi F1 są nudniejsze, nic się podczas nich nie dzieje, a polityka bierze górę nad rywalizacją na torze.

Myli się ten, kto uważa że jeżdżenie po owalu jest prostsze. Mówimy tutaj o specyficznych owalach, jeszcze bardziej specyficznych autach i prowadzeniu z prędkością przekraczającą 300km/h w tłoku kilkunastu pojazdów, dodatkowo poruszających się centymetry od siebie. Każdy najmniejszy błąd czy niepewny ruch kierownicy może doprowadzić do widowiskowego karambolu, który zakończy udział w wyścigu dla kilku, jeśli nie kilkunastu zawodników. Jak to jest prowadzić pojazd NASCAR przekonał się znany z magazynu Top Gear Richard Hammond, a jego relację możecie obejrzeć w tym miejscu. 

Zresztą, trudno jest oddać tę oszałamiającą prędkość za pomocą słów. Najlepiej to zobaczyć na własne oczy. Ten filmik pozwala sobie wyobrazić o czym mówimy i jakich doznań może dostarczyć śledzenie wyścigu na żywo:

Nie tylko wyścig

Na wstępie wspomniałem, że amerykanie prezentują zgoła odmienne podeście jeśli chodzi o sam rytuał uczestniczenia w widowisku sportowym. Tu chodzi o coś więcej, o kulturę NASCAR, o kulturę dnia wyścigowego. Całe rodziny zjeżdżają się w okolice toru od wczesnych godzin porannych i rozstawiają grille, stoły, słowem –  szeroko rozumiany piknik. Znacznie łatwiej jest się też dostać kibicom w okolice swoich idoli, zespoły nie są odgrodzone od świata kordonem ochrony i nie są schowane za szczelnie zamkniętymi drzwiami garaży.

Im bliżej godziny rozpoczęcia wyścigu, tym kibice przenoszą się coraz bliżej trybun. Tutaj też nie liczy się sam wyścig.  Trzeba przyznać, że Amerykanie potrafią przygotować całą otoczkę wydarzenia sportowego jak mało kto.  Powiedzcie sami – czy w wyścigach F1 lub rajdach ktokolwiek przywiązuje jakąkolwiek wagę do momentu uruchomienia silników? W NASCAR zrobiono z tego prawdziwą ceremonię! Każdy wyścig ma swojego „grand marshala”, którego zadaniem jest wypowiedzenie jednego zdania: „kierowcy, odpalcie silniki!”. W tę rolę wciela się zazwyczaj celebryta, bądź bohater lokalnej społeczności. Coś tak banalnego jak przekręcenie stacyjki i uruchomienie silnika amerykanie przekształcili w rytuał, na który czekają setki tysięcy kibiców, a w telewizji całość „ograna” jest w taki sposób, że mamy wrażenie uczestniczenia w starcie promu kosmicznego.

Oczywiście zanim dojdzie do uruchomienia silników jesteśmy świadkami klasyki w amerykańskim wydaniu. Jest więc hymn, przelot samolotów nad torem, cała ta  dobrze znana z innych dyscyplin celebra która sprawia, że każdy wyścig urasta do miana narodowego wydarzenia. W tym samym czasie w Formule 1 kierowcy „po prostu” wyjeżdżają na tor, a po wyścigu znikają za VIPowskimi drzwiami. Kibice w porównaniu do amerykańskich serii wyścigowych wyglądają na zbędny dodatek i nikt nie myśli o tym aby zapewnić im dzień pełen wrażeń. Co więcej – za wszelkie odstępstwa od regulaminu (jak np. kręcenie „bączków” po zakończeniu wyścigu) kierowcy są karani. Może więc faktycznie porównujemy kosiarki z promami kosmicznymi, ale jednocześnie porównujemy też solidną imprezę przy grillu, piwie i dobrym rapie w głośnikach ze smutnym rautem dla bankierów.

Jak oni to wytrzymują?

Wyścigi NASCAR są oczywiście przeraźliwie długie, podobnie jak mecze futbolu w  NFL czy baseballu  w MLB. Tutaj po raz kolejny kłania się inna kultura w odbiorze widowiska sportowego. Mało kto wysiedzi na stadionie lub przed telewizorem cztery-pięć godzin, śledząc każde okrążenie i na bieżąco kontrolując kolejność stawki. My przyzwyczajeni jesteśmy, że mecze ogląda się od początku do końca, tymczasem Amerykanie nie mają problemu z tym, aby w trakcie wyścigu pójść coś zjeść, napić się, spotkać się ze znajomymi. Impreza sportowa jest częścią znacznie większej całości, a nie celem samym w sobie. To okazja do spotkania się, rozmowy, wyjścia z domu. To coś więcej niż „tylko” sport i emocje jakie ze sobą niesie. Może trudno to zrozumieć z perspektywy naszych trybun, ale nikt nie powiedział że nasz sposób oglądania wydarzeń sportowych jest jedynie słuszny.

 

RelatedPost