Houston, mamy problem klasy Ekstra

Nie znam się na piłce. Ustalmy to od razu na początku, żeby uniknąć późniejszych rozczarowań. Nie kończyłem żadnych studiów związanych z zarządzaniem klubem sportowym, nie byłem piłkarzem, trenerem, ani nawet działaczem. Jeśli więc oczekujesz tu analizy rodem z Forbes czy raportów E&Y – nic z tego. Jestem kibicem. Tylko i tyle.

Choć – jak już ustaliliśmy – nie znam się na piłce, nie oznacza to, że nie staram się jej zrozumieć i próbować znaleźć odpowiedź na jedno zasadnicze pytanie: czemu jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Czemu mistrz Polski musi zaczynać eliminacje do europejskich pucharów w tym samym czasie, co piekarze, bankierzy i pasterze z krajów, w których piłka to tylko hobby? Przecież mamy ligę klasy Ekstra, mamy rekordy frekwencji, miliony kibiców na trybunach i fajne hashtagi, a w strukturach zatrudnieni są sami najwyższej klasy eksperci. Aż chciałoby się za Muńkiem Staszczykiem zaśpiewać, że ci wszyscy ludzie to wspaniali fachowcy! A jednak, coś poszło nie tak…

Nie bójmy się spojrzeć prawdzie prosto w oczy – polska piłka ligowa jest w dupie. Poziom naszej Ekstraklasy jest śmieszny, co udowadniają nam co roku zawsze groźne ekipy z krajów, których nazwy kończą się na -stan, lub z państw wielkością tylko nieznacznie przewyższających Mazowsze. Jedyny w ostatnich dwóch dekadach awans do Ligi Mistrzów zawdzięczamy tylko temu, że w decydującej fazie eliminacji nie dało się wylosować nikogo słabszego, a nawet w tej sytuacji kibice Legii o awans musieli drżeć niemal do ostatnich minut dwumeczu. To nie jest normalne. To jest żałosne. Szczególnie, jeśli formę naszych klubów porównamy z reprezentacją, która od kilku lat jest na wyraźnej wznoszącej, notując historyczne pozycje w rankingach. Mimo to, w żaden sposób nie przekłada się to na kondycję naszej piłki klubowej. To są dwa kompletnie osobne światy, inne wymiary, nie mające ze sobą nic wspólnego dwie różne dyscypliny sportu. Z czego to wynika?

Wcale nie uważam, że aby móc pochylić się nad tym tematem, trzeba mieć  w dziedzinie zarządzania w sporcie dyplomy Oxfordu, Harvardu i paszport Polsatu. Spróbuję w tym tekście wykorzystać swoje doświadczenia zawodowe które choć ze sportem nie mają wiele wspólnego, to opierają się o zbiór pewnych uniwersalnych zasad, które mogą mieć zastosowanie niezależnie od materii, z którą się stykamy.

Impulsem do tych rozważań była oczywiście forma polskich klubów w eliminacjach europejskich pucharów, choć precyzyjniej byłoby powiedzieć, że impulsem była kolejna kompromitująca postawa Lecha, Jagiellonii i Legii, z których tylko ta ostatnia została jeszcze w grze. Po odpadnięciu w słabym stylu z walki o Ligę Mistrzów z Astaną, rywalem na drodze do Ligi Europy – celu minimum dla Wojskowych – stał zawsze groźny Szeryf Tiraspol. Napisałem wtedy na Twitterze:


No i wykrakałem. Po raz kolejny okazało się, że w Europie (poza nami) nie ma już słabych drużyn. [tekst pisany przed meczem rewanżowym, ale kompletnie niczego to nie zmienia w kwestii ocen i diagnoz] Co gorsza, odnoszę wrażenie że właściciele, prezesi i dyrektorzy polskich klubów sami nie wiedzą co robić, nie mają recepty, pomysłu, jakiegokolwiek planu. Legia kolejny rok z rzędu po zdobyciu tytułu Mistrza Polski osłabia swój skład, a przygotowania do walki o Ligę Mistrzów rozpoczyna od łatania dziur. Lech po kilku latach spokojnego, w miarę konsekwentnego, realizowania strategii budowania drużyny postanowił pójść na całość i sprowadził do Poznania kontener piłkarzy, z których być może dobrze rokuje jeden. O Jagiellonii szkoda pisać, równie dobrze mogli się z tych eliminacji wycofać, oszczędziliby na przelotach. I tak co roku, żadnych pozytywnych sygnałów na przyszłość.

Podejdźmy do tematu na chłodno, czysto projektowo, bo na tym znam się lepiej (przynajmniej chcę to wierzyć). Zacznijmy od tego, że polskie kluby nie mają nakreślonych celów. Nie mówię tu o celach w stylu „chcemy zdobyć mistrzostwo i walczyć o Ligę Mistrzów”. Tego typu cel określi średnio rozgarnięty uczeń gimnazjum, a przecież nasze drogie sportowe spółki akcyjne zatrudniają wysokiej klasy specjalistów, od których trzeba wymagać więcej. Chodzi więc o konkretne, bardzo mierzalne, cele krótko i długoterminowe, na każdym polu działalności klubu, nie tylko na boisku.  Cele te musza wychodzić naprzeciw oczekiwaniu kibiców, ponieważ bez nich to wszystko nie ma najmniejszego sensu. Jest wiele klubów, które mają komfort niskich oczekiwań swoich fanów, ale są też takie w których hasło „drugi to tylko pierwszy z przegranych” jest żywe jak nigdzie.  Bądźmy szczery – dla połowy klubów Ekstraklasy celem głównym jest dotrwanie do najbliższego przelewu z NC+, a te, które zdradzają symptomy nieco większych ambicji najchętniej uciekają w mówienie o akademii, boiskach i gdyby tu stało przedszkole, w przyszłości. Jeśli mielibyśmy zagrać w bullshit bingo klasy Ekstra, to „Akademia” zgarnia ostatnio całą pulę. Osoby lepiej znające się na piłce ode mnie w tym momencie zaczną głośno protestować, mówić o bazie treningowej i całej szeroko rozumianej infrastrukturze.  Oczywiście mają rację, ale tylko częściowo. Mówienie kibicom Legii Warszawa czy Lecha Poznań, że będzie lepiej, ale za 10 lat, nie ma specjalnie sensu. Oczywiście wszystko to jest szalenie ważne dla długofalowego rozwoju klubu, ale stoi w całkowitej sprzeczności z celami krótkoterminowymi – w tym przypadku regularnym zdobywaniu mistrzostwa kraju, czy grze w Europie. Co gorsza – realizacja tego typu celów krótkoterminowych jest w dużej mierze źródłem środków, które pozwolą zabezpieczyć budżet klubu, a więc realizować  te bardziej odległe i wymagające dużych nakładów pieniężnych cele. Jeśli Legia czy Lech nie będą regularnie grać w Europie, spowolni to realizowanie planu rozwoju, ponieważ pieniądze zamiast na budowę boisk, będą musiały być przeznaczone na załatanie dziury w budżecie, powstałej w wyniku braku premii od UEFA. Obie te kwestie trzeba więc umieć ze sobą pogodzić, co łatwe oczywiście nie jest. Nie znaczy to jednak, że trzeba sobie tę sprawę samemu utrudniać. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że u nas tak właśnie jest.

Trochę racji ma Michał Kucharczyk mówiąc, że polskie kluby mają wyjątkowo krótką przerwę między zakończeniem sezonu, a rozpoczęciem kolejnego, przez co piłkarze mogą czuć się zmęczeni. Problem w tym, że nie mamy na to wpływu. Sumiennie przez wiele lat zapracowaliśmy na swoją pozycję w rankingu klubowym, a świat nam wyraźnie odjechał. Nie zmienimy więc tego – w najbliższych latach polskie kluby wciąż sezon zaczynać będą znacznie wcześniej od konkurentów z krajów lepiej piłkarsko rozwiniętych. Z drugiej strony  m.in. po to wprowadzono reformę ESA37, aby sezon był dłuższy. Aby było więcej meczów i aby polskie kluby nie rozpoczynały nowego sezonu od razu od meczów eliminacyjnych. Aby znaleźć wyjście z tej patowej sytuacji zastanówmy się wiec, na co mamy wpływ, a na co nie. Co możemy zmienić/poprawić, a co musimy wziąć „na klatę”?

Z całą pewnością nie mamy wpływu na termin rozpoczęcia eliminacji, podobnie jak na czas przerwy między sezonami. Co jeszcze bardziej oczywiste – nie zmienimy też w krótkim czasie naszej pozycji w rankingu klubowym. Suma sumarum – w kwestii rozpoczynania rywalizacji w eliminacjach od najwcześniejszych rund nie da się zrobić wiele. Trzeba je rozegrać i za wszelką cenę przejść dalej, licząc że kryzys przyjdzie jesienią, gdy już zapewnimy sobie grę w fazie grupowej Ligi Mistrzów, czy też Ligi Europy. Aby tak się stało, musimy zdecydowanie zminimalizować ryzyko niepowodzenia i choć brzmi to jak truizm – działania naszych klubów dowodzą że wcale takie oczywiste to nie jest.  Na co więc w  tej sytuacji polskie kluby mają wpływ? W mojej ocenie – przede wszystkim na skład. Za pośrednictwem Twittera mieliśmy na ten temat dość ciekawą rozmowę z Michałem Zachodnym. Ja twierdzę, że podstawowym problemem polskich klubów jest przede wszystkim brak stabilizacji. Jak już wspomniałem wyżej – od kilku lat bardzo konsekwentnie Legia Warszawa każdy kolejny sezon rozpoczyna od osłabienia swojej drużyny, po czym w mniej lub bardziej histeryczny sposób ściągane są uzupełnienia. Nie wzmocnienia – tylko właśnie uzupełnienia składu. W efekcie drużyna rozpoczyna walkę o wyśnioną Ligę Mistrzów przemęczona, a w dodatku z wyrwanym sercem i kręgosłupem, w sytuacji gdy nowe „organy” nie zdążyły się jeszcze przyjąć po awaryjnym przeszczepie. Jeśli w losowaniu nie dopisze szczęście i nie wylosujemy drużyny pokroju Dundalk – to nie ma prawa się udać. Widzimy to w tym roku. Bardzo możliwe, że koniec końców zawodnicy ściągnięci do Warszawy okażą się potężnym wzmocnieniem Legii, jednak cóż z tego, skoro walka o LM została już przegrana, a miliony Euro przeszły koło nosa?

Jak więc tego typu ryzyka minimalizować? Nie oszukujmy się – polskie kluby jeszcze bardzo długo zmuszone będą sprzedawać najlepszych zawodników. Ale jeśli już musza to robić – niech to się dzieje zimą. Jeśli – dla przykładu – odejście Vadisa z Legii było przesądzone, powinno się to stać pół roku wcześniej, w grudniu.  Wymaga to pewnej zmiany w myśleniu, także kibiców. Legia straciłaby swoją gwiazdę pół roku wcześniej, ale zyskałaby coś znacznie cenniejszego – czas. Czas na zakontraktowanie następcy (tu rola działów skautingu, aby mieć przygotowane listy potencjalnych dublerów i żeby faktycznie były to wartościowe wzmocnienia),  czas na wprowadzenie zawodnika do drużyny podczas dwóch zimowych obozów, w końcu czas na zgranie całej jedenastki. I tu dochodzimy do sedna mojego wywodu: jeśli nie mamy wpływu na długość przerwy między sezonami, jeśli musimy się liczyć z tym, że w pierwszych rundach eliminacji zawodnicy naszego klubu będą przemęczeni i pozbawieni świeżości, to awans do kolejnych rund trzeba wywalczyć z rozpędu – zgraniem, zrozumieniem i swojego rodzaju „inercją” jeszcze z poprzedniego sezonu. Nie może być o tym mowy w sytuacji, gdy w czerwcu drużyna jest przebudowywana, a nowi zawodnicy nie mają czasu na to, aby zgrać się z kolegami na boisku. Dlatego tak ważne jest, aby latem polskie drużyny startujące w europejskich pucharach utrzymywały swój skład. W tym przypadku największym wzmocnieniem będzie brak osłabień. Niestety, od lat konsekwentnie realizujemy całkowicie przeciwną strategię, licząc na szczęście w losowaniu.

Nie nadrobimy lat zaniedbań w mgnieniu oka – to kolejny truizm. Przy wsparciu samorządów udało się zmienić oblicze polskich stadionów, ale w gruncie rzeczy to tylko fasada. Większość z nich świeci pustkami, a im dalej za bramę, tym gorzej. Oczywistym jest, że kluby bez baz treningowych i akademii z prawdziwego zdarzenia nigdy nie wskoczą na wyższy poziom, jednak z drugiej strony – nie może to być alibi na każde niepowodzenie. Nawet z dwoma boiskami treningowymi Legia Warszawa powinna być w stanie przejść Astanę i drugi rok z rzędu grać w Lidze Mistrzów. Trudno to jednak osiągnąć, gdy u progu nowego sezonu zespół traci lidera i największą gwiazdę. Ta zmiana mentalności jest tu kluczowa. Owszem, robienie transferów zimą jest trudniejsze, być może droższe, wymaga od działów skautingu bardziej wytężonej pracy, ale czy nie o to właśnie chodzi? Tu samo nic się nie zrobi! Michał Zachodny we wspomnianej wymianie zdań na Twitterze napisał, że polskie kluby zimą mogą nie być w stanie ściągać wartościowych piłkarzy, ale prawda jest tu brutalna: polskie kluby muszą coś zmienić, jeśli chcą wyjść z tego marazmu. Przy tak krótkiej przerwie letniej robienie istotnych ruchów kadrowych w czerwcu i lipcu mija się z celem.

Jeśli szukamy prostych recept, czy działań mogących przynieść stosunkowo szybkie rezultaty, to własnie przestawienie myślenia na transfery zimą i zapewnienie stabilizacji latem  wydaje mi się pierwszym z brzegu pomysłem. Co więcej – polskie kluby już na wstępie powinny swoim największym gwiazdom komunikować, że jeśli chcą odejść, to zimą, bo na odejście w innym terminie nikt się nie zgodzi. Również kontrakty z zawodnikami powinny być konstruowane w taki sposób, aby zabezpieczać interes klubów i chronić kadrę zespołu w letnim okienku transferowym. Nikt nie zabroni robić transferów w czerwcu, ale to kluby same muszą zrozumieć, że piłują gałąź na której siedzą. Być może Legia na sprzedaży Vadisa zarobiła kilka milionów Euro, ale brak awansu do Ligi Mistrzów kosztował ją znacznie więcej. Warto o tym pamiętać.

RelatedPost