Zrozumieć Jankesów. Za co pokochałem futbol?

field-sport-ball-america-2

Z futbolem amerykańskim zetknąłem się ponad 20 lat temu. 30 stycznia 1994 TVP  pierwszy raz w swojej historii przeprowadziła transmisję z meczu Super Bowl, w którym Dallas Cowboys pokonali Buffalo Bills. Skłamałbym mówiąc, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie rozumiałem wiele z tego, co działo się na boisku. Nuda. Nieustanny chaos, ciągłe przerwy i wyjątkowo krótkie akcje. Mniej więcej tyle w futbolu widzi większość Polaków także dziś. Nie wiedzą co tracą!

To będzie tekst o czymś niezwykle trudnym to opisania w słowach. O emocjach. O tym co sprawia, że futbol tak porywa. O tym co powoduje, że siedzę po nocach i oglądam mecze „mojej” drużyny, mimo że prawdopodobnie nigdy nie będzie mi dane zobaczyć jej na żywo. Zresztą „moja” to termin mocno naciągany. Kibicuję New England Patriots mniej więcej na takiej samej zasadzie, na jakiej w latach ’90 wszyscy na podwórku kibicowali Chicago Bulls. Zostałem „bandwagon fan” w czasach, gdy dwa lata z rzędu byli na szczycie i trwam w tej „sympatii” do dziś, pomimo wielu chudych lat i kilku bolesnych rozczarowań. Kibicowanie Patriots i Legii ma zresztą ze sobą sporo wspólnego. Obie drużyny w każdym sezonie są w gronie faworytów, obie czasem zawodzą, obie są wśród kibiców pozostałych drużyn znienawidzone do granic możliwości.

O co więc chodzi w futbolu? Jaka jest ta głęboko skrywana tajemnica sukcesu? Według mnie wszystko sprowadza się do samej konstrukcji gry, do zasad i pewnego ogólnego pomysłu. Spróbuję Wam to wyjaśnić zestawiając narodową grę Jankesów ze sportami dużo nam bliższymi – piłką nożną, siatkówką, ale też rugby.

Zacznijmy od końca, bo skojarzenia z rugby są tu najbardziej naturalne. Gdybyśmy mieli obie dyscypliny porównać do gier komputerowych, to rugby byłoby dobrym RTS’em, a futbol „turówką”. Coś jak Command & Conquer vs. Heroes of Might and Magic. Nieustanna walka vs. planowanie kolejnych posunięć i szybka realizacja kolejnych małych celów na drodze do ostatecznego celu – pola punktowego rywala. Nie zrozumcie mnie źle – kocham rugby. Uważam że to najbardziej zespołowa ze wszystkich zespołowych gier na świecie. Ciągła nieustanna presja, żadnego odpoczynku czy przerwy na reklamę. Jednak przeciwstawianie rugby futbolowi pozbawione jest jakiegokolwiek sensu – mimo pewnych podobieństw są to zbyt różne dyscypliny sportu.

Tajemnicy sukcesu futbolu upatruję w ładunku emocjonalnym, jaki wywołuje każda akcja. Każda kolejna zagrywka może odmienić losy meczu, może przynieść falę euforii, ale też rozczarowania. Każda akcja, każdy sprint i każdy rzut piłki jest po coś. Spróbujcie przełożyć to na siatkówkę: zagrywka, przyjęcie, raz! dwa! trzy! , i… no właśnie. Albo punkty dla nas i szał radości, albo blok rywali i rozczarowanie. Ale do diabła z siatkówką, spróbujmy ten emocjonalny rollercaster przełożyć na piłkę nożną. Mecz futbolu to konkurs rzutów karnych rozciągnięty na kilka godzin. Każda wykonywana „jedenastka” wywołuje u kibiców palpitacje serca, dokładnie tak jak każda kolejna akcja w meczu futbolu. Bo nawet jeśli jest źle, nawet jeśli nasza drużyna przegrywa, to w kolejnej akcji wszystko może się odwrócić. Rozgrywający może rzucić piłkę na ponad 50 jardów, którą złapie skrzydłowy i pogna w stronę pola punktowego. Sęk w tym, że kibice drużyny broniącej przeżywają podobne emocje. Czy ich linia obrony wytrzyma? Czy przejmie piłkę? Czy powali na ziemię rozgrywającego? Emocjonalny rollercaster rozgrywa się po obu stronach barykady, nie bez przyczyny nazywaną „line of scrimmage” – linią starcia. A potem zmiana. Atakujący stają się obrońcami, obrońcy atakują. Kolejna tura. Kolejna szansa na przechylnie szali zwycięstwa na swoją korzyść. Za to właśnie kocham futbol. Z tego powodu emocjonuje mnie bardziej niż mecze piłki nożnej. Oglądając soccer za często się ostatnio nudzę. Nie bawi mnie tiki-taka i wymiana 100 podań w okolicach koła środkowego.

Nie będę udawał, że w NFL nie zdarzają się mecze typu „Podbeskidzie takie z Łęczną”. Oczywiście że tak. Konstrukcja gry sprawia jednak, że nawet jeśli poziom gry rozczarowuje i przypomina wymienianie podań na środku boiska w Kielcach, to kibic czeka na tę jedną jedyną akcję która da jego drużynie zwycięstwo. Szanse na to są znacznie większe niż na to, że Przemysław Pitry w sobotnie wczesne popołudnie przedrybluje obrońców i genialnym strzałem zza pola karnego zdobędzie bramkę życia.

Nie będę w tym tekście rozkładał na czynniki pierwsze konstrukcji samych rozgrywek, układu dywizji, konferencji, zasad draftu i salary cap. Elementy te sprawiają, że NFL jest jedną z najbardziej wyrównanych lig świata. Tu nie ma wieloletnich dominacji jednej czy dwóch drużyn, tutaj najbogatsi nie mogą kupić najlepszych zawodników i zdominować ligi na lata. Dzięki temu każdego roku kibice mogą mieć nadzieję, że ten rok będzie ich. Że tym razem to oni zajdą daleko i powalczą o najwyższe laury. Przed startem sezonu nikt nie stoi na straconej pozycji. To też jedna z tajemnic sukcesu, o której spróbuję napisać przy innej okazji.

Wbrew pozorom futbolu nie ogląda się trudno. Przerwy nie są tak męczące jak mogłoby się wydawać, a gdy już człowiek pozna podstawowe przepisy i wie na co zwracać uwagę – potrafi tę grę docenić. Warto dać futbolowi szansę. Spróbujcie.

RelatedPost