O stanie polskich mediów (nie tylko) sportowych

man-hands-reading-boy-1Państwo Lewandowscy spodziewają się dziecka – taka informacja obiegła świat we wtorkowy wieczór chwilę po tym, jak Robert celebrując zdobycie bramki dał do zrozumienia, że jego żona jest w ciąży. Sytuacja wywołała kilka ciekawych dyskusji na temat zachowania mediów i tego, czy powinny się tym tematem zajmować. Osobiście – nic mi do tego.

Cała sprawa jak w soczewce pokazała stan mediów sportowych w naszym kraju i o tym będzie ten tekst. Postaram się nie generalizować i pokazać kilka pozytywnych przykładów, jednak globalny trend jest widoczny od dawna.

Popyt i podaż

Ciekawą dyskusję miałem na Twitterze z szefem sportu w Wirtualnej Polsce – Michałem Kołodziejczykiem. Punktem wyjścia był filmik przygotowany przez studentów w związku z plebiscytem MediaTory. Sami zobaczcie:

W teorii brzmi świetnie i trudno odmówić autorom racji. To my – odbiorcy – jesteśmy pośrednio odpowiedzialni za całe to szambo, jakie wylewa się na nas z mediów. Otrzymujemy to, czego oczekujemy. Poważne treści się „nie klikają”, zmieniamy kanał na „Świat wg Kiepskich” zamiast obejrzeć poważny program publicystyczny, kupujemy „Fakt” zamiast „Pulsu Biznesu”. Sytuacja medialna jest tylko częścią większej całości, bo jak pisałem po KSW37 – wolimy obejrzeć Pudzianowskiego z „Popkiem” niż poważne walki zawodowych sportowców. To wszystko się ze sobą łączy. Lud oczekuje igrzysk, a wydawcy rozliczani z każdego kliknięcia i każdej reklamy „tylko” te nasze oczekiwania spełniają. Łatwo powiedzieć, że to klient decyduje i gdyby zaczął śledzić poważne treści, to te pozbawione znaczenia zniknęłyby z czołówek. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że dla wydawców jest to wygodne alibi, dzięki któremu całkowicie zdejmują z siebie odpowiedzialność.

Misja

Właśnie. Co z misją? Co ze społeczną odpowiedzialnością? Co z zawodem zaufania publicznego? Czy media powinny schlebiać najniższym gustom? Czy nie powinny jednak starać się kreować otaczającą nas rzeczywistość, zamiast być biernie tylko jej  odbiciem? Mówimy, że użytkownik nie chce poważnych treści, że nie interesują go w takim stopniu, w jakim kolejne sensacyjne doniesienia o skandalach, ciążach i wypadkach. Ale jednocześnie zapominamy o tym, że ktoś tego odbiorcę w taki sposób wychował. Ktoś od wielu lat konsekwentnie serwował mu informacyjny szlam, patrząc na swój tytuł tylko przez pryzmat rosnących słupków. Wyhodowaliśmy  społeczeństwo infantylnych ignorantów niezdolne do przetrawiania zdań wielokrotnie złożonych. Do nich trzeba prosto, krótko i z dużą liczbą obrazków. Wtedy będą kliki.

Oczywiście nie można nie zauważyć, że mamy na rynku kilka udanych prób przebicia się z wartościowymi treściami. Pierwszy z brzegu przykład – Weszło. Chyba nie ma dziś w polskim internecie innego miejsca, w którym byłoby tyle dobrego czytania o piłce nożnej. Z kolei jeśli chodzi o duże redakcje, to przewija się w nich  kilka nazwisk, które raz na jakiś czas potrafią wyprodukować wartościowy tekst. Problem w tym, że zazwyczaj ginie on w zalewie newsów kompletnie pozbawionych znaczenia. Nie brakuje w tych redakcjach zdolnych osób potrafiących pisać. Niestety, najczęściej przegrywają z informacyjną papką i memami, a ich artykuły są gdzieś głęboko zakopane. Dlatego tak mocno kibicuję chłopakom od Hattricka i kilku innym  mniejszym inicjatywom. Wciąż chcę wierzyć, że produkując dobre jakościowo treści da się na tym rynku utrzymać.

Linia najmniejszego oporu

Duzi wydawcy idą na łatwiznę. Michał Kołodziejczyk napisał: „na koniec przychodzi pan excel i sport ma mieć wyniki a moi ludzie pracę.” Trudno z takim argumentem dyskutować, ale warto się zastanowić w jaki sposób znaleźliśmy się w tym miejscu i czy można z tej drogi jeszcze zawrócić. Sytuacja jest dziś taka, że z redakcji zwalnia się potrafiących pisać dziennikarzy, a na ich miejsce wystarczy zatrudnić redaktora/administratora, który będzie wiedział jak odpowiednio „podkręcić” tytuł na stronie głównej portalu. To wystarczy, aby  wygenerować potrzebne dla „pana excela” cyferki.  Job done.

Lubię czytać wywiady z – jak ich określam – wizjonerami polskiego internetu. Każdy z nich kocha opowiadać o tym, jaki to mają najświeższy pomysł na podbicie rynku i zdeklasowanie konkurencji. Pojawiają się w tych wypowiedziach różne analizy, wspaniałe idee i recepty. Rzeczywistość jednak szybko te plany weryfikuje. Dziś najskuteczniejszym sposobem na podbicie rynku są: clickbait, autostart i „cycki”. Sternicy polskich mediów uwielbiają opowiadać o wartościowych i unikalnych treściach, ale koniec końców czołówki ich portali wyglądają bardzo podobnie: uruchamiający się automatycznie stream najnowszego programu i seria nachalnych clickbaitów. Duże serwisy i portale nie są dziś żadnym źródłem wartościowych informacji, a jedynie fabryką do wykręcania odsłon. Redakcje stały się  przedłużeniem biur reklamy.

Cuius culpa?

Pozostaje otwarte pytanie – kto jest bardziej winien? Użytkownik, który woli treści miłe, łatwe i przyjemne, czy może wydawcy, którzy od lat konsekwentnie tego typu treści serwują? Czy wydawcy „tylko” odpowiadają na zapotrzebowanie społeczeństwa, czy może powinni ustalić pewien poziom, poniżej którego schodzić nie wypada? Czy media mają odzwierciedlać rzeczywistość, czy ją kreować?

Trudno będzie ten trend odwrócić. Nie ma co się łudzić, że nagle pewnego dnia wszystkie największe serwisy przestaną nam serwować informacyjne szambo, a skupią się na treściach wartościowych. Światełkiem w tunelu są dobre wyniki serwisów takich jak właśnie Weszło, EkstraStats czy (pomimo ogólnej zapaści na rynku prasy) relatywnie dobre wyniki kilku „poważnych” tytułów. W tym upatrywałbym szansy na przyszłość. Pozostaje nadzieja, że niezależne tytuły oferujące wartościowe treści zdołają przetrwać i będą się dalej rozwijać, konsekwentnie budując swoją bazę czytelników oczekujących treści na wysokim poziomie. W tym samym czasie duże portale horyzontalne staną się hubem oferującym mieszankę treści kompletnie nieistotnych z tymi nieco bardziej poważnymi, ale  prezentowanymi w taki sposób, aby napędzać statystyki. Tylko w taki sposób będą w stanie przetrwać. Przynajmniej tak długo, jak długo wśród użytkowników internetu dominować będzie profil odbiorcy nakreślony w filmiku MediaTorów.

RelatedPost