Losowanie półfinałów Pucharu Polski, czyli… co to było?

losowanie_s

„Dobry wieczór państwu. Jesteśmy tutaj w katakumbach stadionu Wisły Kraków…” zaczął całą uroczystość red. Mateusz Borek. Trudno o piękniejsze podsumowanie tego, czego byliśmy świadkami.

Środa, 22:50. Gdzieś na korytarzu pod trybuną stadionu przy Reymonta ustawiono na skrzynce podest, który za chwilę miał posłużyć do rozlosowania par półfinałowych piłkarskiego Pucharu Polski. W tle słychać szumy, rozmowy pracowników i innych osób przebywających w najbliższej okolicy.  Jakość dźwięku jest katastrofalna, a całość sprawia wrażenie kompletnej prowizorki. Nie widzieliście? Zobaczcie sami na stronie Polsatsport.pl.

Przed 23:00 znamy wyniki losowania drugich co do ważności rozgrywek piłkarskich w Polsce. PZPN od początku kadencji Zbigniewa Bońka bardzo dużo mówił o odbudowie prestiżu Pucharu Polski. W środę trudno mi było ten prestiż dostrzec.

A przecież zaczynało się tak pięknie. Uroczystość losowania par 1/16 była najlepszym tego typu wydarzeniem w historii. Można się spierać o sens i słuszność ustalania odgórnie drabinki, ale nie można się nie zgodzić że w tym roku wydarzenie to miało oprawę na najwyższym poziomie. Zarówno oprawa audiowizualna jak i przygotowanie prowadzącego całą uroczystość to był poziom jaki możemy obserwować podczas najważniejszych losowań związanych z Ligą Mistrzów, mistrzostwami świata i Europy. Dlaczego więc losowanie półfinałów zostało zorganizowane w piwnicy? Nie potrafię tego zrozumieć.

Dawno temu napisałem o finale Pucharu Polski dwa teksty. Po meczu Zawiszy Bydgoszcz z Zagłębiem Lubin chwaliłem PZPN za organizację i zakrojoną na szeroką skalę promocję finału. Jednocześnie rok później po finale z udziałem Legii Warszawa i Lecha Poznań  wskazywałem, że piłkarska centrala spoczęła na laurach wychodząc najwyraźniej z założenia, że jeśli w finale grają dwa najbardziej popularne polskie kluby, to nic więcej robić już nie trzeba. Dwa lata z rzędu finał PP z udziałem tych drużyn sprzedał się sam. Pisałem wtedy:

Lech i Legia nie będą w finale Puchar Polski co roku. Albo budujemy coś trwałego, stabilnego i przyciągającego uwagę szerokiej publiczności (także tej telewizyjnej), albo  działamy od pożaru do pożaru, co nie ma nic wspólnego z budowaniem trwałej pozycji Finału PP jako ważnego wydarzenia w piłkarskim kalendarzu. Bo dziś to nie finał PP jest ważny, a mecz Legii z Lechem. To zasadnicza różnica.

W tym roku wiemy już, że do finału Lech-Legia nie dojdzie. W półfinałowych parach zmierzą się Lech z Pogonią Szczecin oraz Arka Gdynia z Wigrami Suwałki. Pamiętajmy przy tym, że kibice Lecha Poznań po wydarzeniach z ostatniego meczu na Stadionie Narodowym zostali ukarani zakazem uczestniczenia w meczach swojej drużyny. Może się więc okazać, że w tym roku zainteresowanie spotkaniem nie będzie tak gigantyczne jak w dwóch ostatnich latach. PZPN najwyraźniej uznał, że dodatkowa otoczka nie jest potrzebna i decydujące losowanie można zrobić z marszu „w katakumbach stadionu Wisły”. Przedziwna strategia.

A przecież można było zorganizować krótką, ale sympatyczną uroczystość. Zaprezentować drogę do półfinału wszystkich 4 klubów, zaprosić ich przedstawicieli, zadać im kilka pytań, zrobić wokół tego jakąkolwiek otoczkę. Wszystko  byłoby lepsze niż to, czego byliśmy świadkami po zakończeniu rewanżowego starcia Wisły z Lechem.

ps. nie mogę się niestety oprzeć pewnemu wrażeniu.  To dość smutna konstatacja, ale gdyby takie losowanie 1/2 PP „w katakumbach stadionu Wisły” zorganizowała ekipa Grzegorza Laty, to nasze media sportowe urządziłyby PZPNowi igrzyska. Tymczasem po wczorajszym losowaniu… cisza w eterze. Nikt nie podjął tematu, nikt nie zdobył się choćby na słowo komentarza. Ta cisza jest dużo bardziej wymowna niż tysiąc słów.

Trochę #słabo.

RelatedPost