„Kto jaką drogę obrał, taką ma”, czyli krajobraz po UFC 217 w Nowym Jorku

Joanna Jędrzejczyk przegrała z Rose Namajunas podczas gali UFC 217 w Nowym Jorku i straciła mistrzowski pas organizacji UFC. Nie ona pierwsza, wielu wielkich mistrzów przed nią dochodziło do momentu, w którym jeden moment nieuwagi, czy celny cios rywala kończyły wspaniałe serie zwycięstw. Nie mam żadnych wątpliwości, że Joanna wróci i odzyska mistrzowski pas. Ale ja nie o tym. 

Od momentu porażki bardziej, niż analiza samej walki i ocena potencjalnych przyczyn porażki, przekaz zdominowała kwestia zachowania naszej zawodniczki przed walką i tego czy „zasłużyła” na porażkę, oraz czy „nauczy jej ona pokory”. Z jednej strony mamy więc frakcję wylewającą na Jędrzejczyk pomyje i demonstrującą radość z porażki, z drugiej nie mniejsze grono adwokatów, którzy w obronie naszej zawodniczki nie przebierają w słowach. Maciej Kawulski napisał nawet, że mu wstyd. A jak to wygląda z mojej perspektywy?

Będę szczery – Joanna Jędrzejczyk nie jest z mojej bajki. Jej zachowanie przed walkami i sposób, w jaki odnosi się do swoich rywalek, to co mówi, jak mówi i jak się zachowuje – wszystko to  kompletnie mi nie odpowiada. Oczywiście nie musicie mi tłumaczyć spraw oczywistych. Doskonale rozumiem, że Jędrzejczyk obrała taką drogę promocji swojej osoby, promocji walk i współpracy z promotorem oraz organizacją, w której walczy. To wszystko jest zrozumiałe i znane doskonale od lat. Robił tak Muhammad Ali, robił Mike Tyson, robił  Wanderlei Silva, czy w końcu największa obecnie gwiazda światowego MMA – Conor McGregor. Jest to jeden ze sprawdzonych przepisów na show, element przedstawienia, zwracania uwagi na siebie i swoje walki. Nie jest to jednak sposób jedyny i jeśli zgadzamy się, że Joanna Jędrzejczyk bardzo skutecznie wykorzystuje swoje 5 minut w UFC, to jednocześnie nie wymagajmy, aby wszystkim się to podobało. Mnie – mimo że doskonale rozumiem o co w tej grze chodzi – zwyczajnie to nie odpowiada. Jednocześnie absolutnie nie oznacza to, że kibicowałem rywalce, lub – co gorsza – cieszyłem się z porażki naszej zawodniczki. Nic bardziej mylnego.

Ja po prostu cenię w tym sporcie inne zachowania. MMA miało w swojej historii wielkich mistrzów, którzy nie musieli zwracać na siebie uwagi w taki sposób. Zawodnicy tacy jak Mauricio „Shogun” Rua, bracia Nogueira, Georges St-Pierre, BJ Penn, Lyoto Machida,  Frankie Edgar, Rich Franklin, Forrest Griffin, Randy Couture, Mirko Filipović, Cain Valasquez, Junior dos Santos, Fedor Emelianenko… wymieniać można jeszcze bardzo, bardzo długo. Kibice ich uwielbiali nie za to co mówili i robili przed walką, ale za wielką klasę sportową, oraz tę zwykłą – ludzką. Nie obrażali swoich rywali, nie prowokowali ich, nie starali się onieśmielić czy wyprowadzić z równowagi. Okazywali im maksimum szacunku. Tym kupowali mnie i pewnie jeszcze wielu kibiców na całym świecie.

Oczywiście mamy też drugą stronę medalu: wspomnianego McGregora,  Michaela Bispinga, Wanderleia  Silvę, Quintona „Rampage’a” Jacksona, braci Diaz, Rondę Rousey, Jona Jonesa czy niekwestionowanego mistrza trash talk, jedynego w swoim rodzaju dumnego reprezentanta western Oregon, Chaela Sonnena (kto nie widział, polecam jego długi wywiad z Arielem Helwanim przed walką z Andersonem Silvą). Nikt nie odmówi tym zawodnikom ogromnej klasy sportowej i godnych najwyższego uznania osiągnięć, choć bardzo często ich zachowania przed kolejnymi walkami mogły być odbierane różnie. Do tej grupy należy też nasza Joanna Jędrzejczyk, która w mojej ocenie wielokrotnie przekraczała niestety  granicę dobrego smaku. Nie każdy potrafi robić to z taką gracją jak Sonnen, nie każdy ma taki dar aktorski jak McGregor, nie każdy zwyczajnie ma to tak bardzo w dupie jak irytujący do granic możliwości Bisping. Niektórym zachowaniom i wypowiedziom Joanny na przestrzeni ostatnich lat zwyczajnie brakowało klasy,która powinna charakteryzować tego kalibru mistrzynię.

I tu dochodzimy do sedna – każdy z tych zawodników wybrał swoją drogę promocji. Nie ma tu jednego skutecznego przepisu na sukces. Jedni są grzeczni, inni prowokują. Jedni okazują rywalowi maksimum szacunku, inni starają się ich zdeprymować. Jedni zasypują rywala komplementami i dowodami uznania, inni obrażają przeciwnika, jego rodzinę, kraj i psa. Niezależnie od formy – wszystko to podporządkowane jest jednemu – możliwie jak największej promocji gali. Nie ma tu wygranych i przegranych, nie ma lepszych i gorszych. Są tylko zawodnicy, ich „strategie medialne” i moje prawo do oceny.

Każdy z tych zawodników chce tego samego, tylko do realizacji celu wybrał inne środki. Sęk w tym, że każdy musi się też liczyć z konsekwencjami swoich decyzji. „Grzeczni” zawodnicy będą się spotykać z zarzutami, że są niewyraziści, nie mają charyzmy, są zwyczajnie nudni i nie są w stanie samodzielnie „sprzedać” dużych gal. Jeśli jednak powinie im się noga (co świetnie widać na przykładzie GSP, czy Karoliny Kowalewicz) mogą liczyć na dużą taryfę ulgową ze strony kibiców i przeważające głosy wsparcia. Ci „niegrzeczni” z kolei będą lokomotywami kolejnych gal, będzie o nich głośno, co pewnie przełoży się na lepszą rozpoznawalność i potencjalną sławę, ale muszą się też liczyć z krytycznymi opiniami na temat swojego zachowania, a w przypadku porażki – tak jak w ostatnich dniach Jędrzejczyk – muszą „wziąć na klatę” także wypominanie braku pokory i butnego zachowania.

Uskarżanie się na to jest zwyczajną hipokryzją. Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka. Nie da się być kochanym przez wszystkich kibiców,  jednocześnie obrażając kolejnych przeciwników. Nie można też zrzucać skutków tej sytuacji na hejterów. Po pierwsze nie wszyscy to hejterzy, a po drugie takie reakcje były bardzo łatwe do przewidziana i musiały być wliczone w bilans zysków i strat. To element gry i całego przestawienia, w którym Joanna Jędrzejczyk zdecydowała się całkowicie świadomie grać rolę „złego charakteru”. Ma to swoje ogromne plusy, ale niesie ze sobą także pewne konsekwencje. Tak długo, jak trwa zwycięska passa tych konsekwencji nie widać, jednak wracają ze zdwojoną siłą w momencie upadku, który przez to staje się jeszcze bardziej bolesny. „Grzeczni” zawodnicy w momencie niepowodzenia mają pod tym względem nieco łatwiej, choć z drugiej strony znacznie trudniej jest im przebić się na pierwsze strony gazet i do pierwszego szeregu w organizacji.

Jak w „Gladiatorze” Ridleya Scotta – nie chodzi o to żeby wygrywać, ale żeby dostarczyć widzom rozrywki. Wszystko jest jednak kwestią klasy. Joannie Jędrzejczyk życzę szybkiego powrotu na szczyt, odzyskania mistrzowskiego pasa i dalszej owocnej kariery. Mam też cichą nadzieję, że przed kolejną walką częściej niż pięści i groźne miny, zacznie pokazywać swój szeroki, śnieżnobiały uśmiech.

RelatedPost